Echo nr 23(2559) – 23.XI.2005

Dobry ślad na ziemi

„Echo” rozmawia z ojcem Emilem Pacławskim przełożonym klasztoru franciszkanów w Tychach, proboszczem parafii świętych Franciszka i Klary.
– Franciszkanie obchodzą w tym roku dziesięciolecie obecności w Tychach. Czy zakon ten jest Tychom potrzebny? – Dziesięć lat temu władze miasta uznały, że potrzebny jest w Tychach zakon męski. W mieście był w tym czasie jedynie zakon żeński – elżbietanki. W Tychach pracuję już piąty rok. Z pełną pokorą franciszkańską powiem, że przez te 10 lat nasz zakon był istotnie miastu potrzebny. Świadczy o tym postawa ludzi. Przecież mogliśmy założyć tu tylko dom zakonny. Istniała jednak potrzeba założenia również parafii. Entuzjazm ludzi był wielki. Dzięki ich pomocy, ich pracy, rozbudowaliśmy dom podarowany nam przez władze miasta. Budujemy nowy kościół, a właściwie kompleks kościelno-klasztorny przy ul. Paprocańskiej.
– Gdyby nie było w Tychach parafii franciszkańskiej, ale na jej miejscu powstałaby jakaś inna, w czym parafianie odczuliby różnicę? – Z doświadczeń owych 10 lat muszę stwierdzić, że faktycznie dla niektórych ludzi nie ma żadnej różnicy między parafią diecezjalną a zakonną. Być może za mało jest jeszcze naszej obecności w społeczności tyskiej. Za mało widoczny jest nasz habit. Okazuje się, że nie wszyscy tyszanie wiedzą, że od 10 lat jesteśmy tu obecni. Nie muszą wiedzieć – mają takie prawo. Mam nadzieję, że pracując sukcesywnie i systematycznie świadomość obecności franciszkańskiej będzie w mieście coraz powszechniejsza. Można powiedzieć, że minęło już aż 10 lat naszej obecności w Tychach, ale z punku widzenia historii zakonu jest to zaledwie 10 lat. Z drugiej strony nie brak ludzi, którzy zauważyli naszą obecność. Pytani przeze mnie o ocenę, o różnice między naszą parafią a parafią diecezjalną, odpowiadają najczęściej: „Wy jesteście inni”. Sam jestem ciekawy na czym konkretnie polega ta inność, bo przecież msze święte i nabożeństwa odprawiamy w tym samym rycie Kościoła rzymskokatolickiego. Okazuje się więc, że jest to raczej kwestia odczuć, którą trudno przełożyć na słowa. Myślę, że czuwa nad nami św. Franciszek i ta zauważalna, ale trudno definiowalna „inność” to Jego zasługa.
– Co, poza świadczeniem posługi duszpasterskiej, uważa ojciec za główne zadanie franciszkanów? – Dzisiaj trzeba z ludźmi rozmawiać, więcej niż kiedykolwiek. Trzeba dać im możliwość wypowiedzenia swoich trosk, kłopotów, rozterek. Niekoniecznie to musi być spowiedź. Czasami wystarczy samo cierpliwe wysłuchanie problemów, z jakimi do nas zwracają się różni parafianie.
– Święty Franciszek preferował ubóstwo, niektórzy pytają więc dlaczego kościół franciszkański w Tychach będzie tak monumentalny? Gdy zostanie ukończony będzie to największa świątynia w mieście. Jedna z jej wież sięgnie przecież ponad 70 metrów.
– Ktoś patrzący z boku, nie uczestniczący w życiu Kościoła pewnie postawi takie pytanie. Ksiądz arcybiskup Damian Zimoń będąc kiedyś na placu budowy naszej świątyni powiedział:,.Dobrze, że w takich Tychach powstaje taki kościół”. Myślę, że budowla ta ma swój wyraz symboliczny. Nie stoi to w sprzeczności z życiem zakonników, którzy ślubowali ubóstwo. Kościół będzie służył parafianom. To jest ich budowla, bo przecież bez pomocy parafian niczego nie można zbudować. Ludzie identyfikują się już z tym miejscem i mają się z nim identyfikować nie tylko przez dziesiątki, ale setki lat. Kościół będzie duży, ale prosty, a przez to w tej wielkości jak najbardziej franciszkański, nawiązujący do świątyni w Asyżu. Świadomie chcemy nawiązać do średniowiecza, okresu tak krytykowanego, a przecież tak twórczego, z którego wywodzi się przecież św. Franciszek i Jego dzieło. Ludzie współcześni, tak jak ci w średniowieczu, właśnie w prostej monumentalności, surowych formach architektury szukają czegoś autentycznego, nieotynkowanego, po prostu szukają Pana Boga. Nie zapominajmy, że kościoły to nie są zwyczajne budowle. To miejsca święte. Tutaj działa Pan Bóg. Wydaje się, że obecność Pana Boga w takim wydaniu, jest dzisiaj, przy wszystkich utyskiwaniach, ludziom bardzo potrzebna. Pozostawiamy dobry ślad na ziemi, by pomóc zagubionym odnaleźć sens życia, to znaczy Pana Boga.
– Początki zakonu w Tychach nie do końca były udane. Na skutek nieprawidłowości przy administrowaniu parafią został odwołany pierwszy jej proboszcz ojciec Bernardyn, /marnotrawiono czas i nadwerężono zaufanie parafian. Mimo obietnic składanych przez pierwszego proboszcza nie rozpoczęto budowy kościoła. Czy negatywne skutki tych pierwszych lat są jeszcze odczuwalne?
– Jestem trzecim proboszczem. Istotnie po analizie postępu prac nad budową świątyni pierwszy administrator został przeniesiony do innej parafii. Kościół miał powstać pierwotnie w innym miejscu. Prace się jednak nie rozpoczęły. Ojciec Bernardyn administrował parafią przez trzy lata. Jeszcze dzisiaj daje się odczuć pewną rezerwę, z jaką niektórzy parafianie odnoszą się do naszych organizacyjnych poczynań, l słusznie. Mają do tego prawo. Taka postawa musi dyscyplinować każdego proboszcza, co może mieć tylko dobre skutki dla całej parafii. Patrząc na cały problem z perspektywy owych 10 lat można powiedzieć, że tam, gdzie są ludzie zawsze są jakieś problemy. Chodzi o to, by stanowczo reagować i problemy te skutecznie rozwiązywać dla dobra wiernych, społeczności lokalnej, bo parafia jest taką społecznością. W każdym, nawet najpiękniejszym i pielęgnowanym ogrodzie może wyrosnąć oset. Trzeba wtedy ów chwast z tego ogrodu usunąć, by nie niweczył wysiłku ogrodnika.
– Franciszkanie w Tychach kojarzą się mieszkańcom w pierwszej kolejności z żywą szopką. To prawdziwa bożonarodzeniowa atrakcja. Czy jednak forma owej szopki, zwierzęta specjalnie sprowadzane na plac budowy nie zasłaniają prawdziwej istoty Świąt Bożego Narodzenia?
– Kościół nie jest od stwarzania atrakcji. Cel jest zupełnie inny. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że tłumy ludzi odwiedzające naszą szopkę oglądają osiołki, strusie, kozy czy inne zwierzęta, podziwiają scenografię, ale często nie zauważają podczas tej wycieczki nowo narodzonego Jezusa Chrystusa. Naszym zadaniem jest zwrócić im na to uwagę. Łatwiej robić to, gdy ludzie przychodzą do kościoła, czasami choćby po to, by ową szopkę zobaczyć. W tym roku, dokładnie 25 grudnia, minie 10 lat od czasu odprawienia w tymczasowej kaplicy pierwszej Pasterki przez franciszkanów w Tychach, dlatego Święta Bożego Narodzenia dla naszego tyskiej wspólnoty zakonnej mają szczególny charakter.
– Jak się zostaje franciszkaninem?
– Najpierw trzeba chcieć, mieć dobrą wolę, poczuć powołanie. Poprzeczka jest bardzo wysoko postawiona. W moim przypadku odpowiedź była prosta. Urodziłem się i dorastałem w Zabrzu. Tam byli franciszkanie. Należałem do franciszkańskiej parafii, chodziłem do nich na katechezę. Fascynowała mnie ich praca. Gdy już zdecydowałem się przestąpić klasztorny próg, wybór habitu był łatwy.
– Czy to znaczy, że od dziecka myślał ojciec o życiu zakonnym i udzielał się w organizacjach parafialnych?
– Nie. Nie byłem związany z żadną grupą działającą przy parafii. Nawet ministrantem byłem tylko jeden dzień!
– To faktycznie niezbyt długi staż. Dlaczego tak krótko?
– Jedyną i decydującą próbą były roraty. Ojciec Ksawery, proboszcz mojej parafii w Zabrzu, zaproponował abym swój ministrancki staż rozpoczął od mszy roratniej. Trzeba było przyjść do kościoła na mszę świętą o godz. 6.00. Nie uśmiechała mi się ta pora, a mówiąc wprost, stanowiła dla mnie prawdziwie heroiczne wyzwanie. Zmusiłem się jednak, przyszedłem. W drugim dniu jednak nie wstałem tak wcześnie. Trudno, pomyślałem sobie, uda mi się w trzecim dniu rorat. Niestety, założenie to było nazbyt optymistyczne. Ostatecznie w roratach, jako ministrant, uczestniczyłem jeden, jedyny raz. Paniiętam, że byłem wystraszony, speszony. Jestem jedynakiem. Nie występowałem nigdy publicznie. A tu cały tłum ludzi w kościele patrzył na mnie -tak mi się przynajmniej wydawało. Biorąc to wszystko pod uwagę uznałem, że tak wczesne wstawanie i samodzielna posługa przy ołtarzu znacznie przerastają moje chęci i możliwości.
– Skoro nie zakonne, to jakie miał ojciec plany życiowe kończąc szkolę średnią? – Gwoli sprawiedliwości należy dodać,że pierwsza iskierka myśli, by zostać kapłanem pojawiła się u mnie w piątej klasie szkoły podstawowej. Ale później zgasła. Gdy zdałem maturę starałem się o przyjęcie na Wydział Wokalno-Aktorski Akademii Muzycznej w Katowicach. Był to wynik mojej pracy nad sobą, by przełamać lęk wobec tłumów. Czułem, że chcę pracować z ludźmi. Marzył mi się zawód piosenkarza, spikera, prezentera. O dziewięć miejsc na wydziale ubiegało się trzydziestu kandydatów. Znalazłem się w gronie 21 osób, które nie dostały się na studia i w jakimś stopniu pomogło mi to podjąć właściwą decyzję. Baczniej wsłuchałem się w głos Pana Boga. Dwa dni po niezdanym egzaminie pojechałem odebrać dokumenty z Akademii Muzycznej i znalazłem się w Panewni-kach. Było to dokładnie 24 czerwca 1987 roku. Przyznam, że wybór właśnie tego miejsca zawdzięczam ówczesnemu proboszczowi mojej parafii, ojcu Maciejowi. Zwierzyłem mu się ze swoich zamiarów, myśląc raczej o seminarium w Nysie.
– Czy wstąpienie do zakonu nie było przejawem frustracji po niezdanym egzaminie? – Oczywiście, ktoś mógłby tak powiedzieć. Czasami myślę, co robiłbym dzisiaj, gdybym się dostał na studia do Akademii Muzycznej. Czy znajdowałbym sens działania, taki jaki znajduję dzisiaj, będąc franciszkaninem? Wątpię. Myśl o życiu zakonnym nurtowała mnie już dawniej. W klasie maturalnej rozmawiałejj o tym z przyjaciółmi, ale oczywiście w szkole nikt o moich planach wiedział. Był 1987 rok, żyliśmy w PRL-u. Sądzę jednak, że wszystkim kierowała ręka Opatrzności. Do zakonu wstąpiłem, 3 sierpnia 1987 roku, a więc zaraz po maturze. Duży wpływ na moją ostateczną decyzję miał papież Jan Paweł II, który podczas pielgrzymki do Polski, właśnie w tym samym roku, udzielił święceń kapłańskich w czasie mszy św. w Lublinie.
– Czy dzisiaj, jako przełożony klasztoru w łychach i proboszcz, ma ojciec w dalszym ciągu problemy z wczesnym wstawaniem?
– Już nie. Niezależnie od tego, o której kładę się spać, jeśli wiem, że muszę rano wstać, wstaję punktualnie. To kwestia motywacji i dyscypliny, którą można w sobie wyćwiczyć. Na wszelki wypadek jednak nastawiam dwa budziki. Jeden znajduje się na stoliku przy łóżku, drugi nieco dalej, poza zasięgiem rąk.

Rozmawiał Zdzisław BARSZEWICZ

Informacje

Polecamy

Kontakt

Masz pytania?

franciszkanie(małpa)tychyofm.pl

Adres:

Tychy,

ul. Paprocańska 90

Zadzwoń do nas!

(32) 217-84-29