Gość Niedzielny – Zakonnik i kamieniarz – 1.02.2009

„Zakonnik i kamieniarz”
Barbara Gruszka-Zych

Dźwięk tamtych potężnych, zatrzaskujących się za nim drzwi bazyliki oo. bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej pamięta doskonale. Aż dostał gęsiej skórki na plecach. A potem ciemny korytarz, ściany ciasno zawieszone obrazami, w perspektywie jasne wyjście na krużganek. Już na powietrzu wpadli na pierwszego mnicha, idącego w sandałach włożonych na gołe stopy. Rodzice pozdrowili go z szacunkiem, ale nic nie odpowiedział.
-On nas chyba nie zauważył, był zamyślony, jakby nie z tego świata – wydawało się Grześkowi.
Miał wtedy piętnaście lat, świeżo skończoną ósmą klasę i ogromną chęć, żeby wstąpić do tutejszego niższego seminarium duchownego oo. franciszkanów.
– Byłem przekonany, że zakonnik powinien totalnie wyłączyć się z tego świata, oddać Panu Bogu – mówi. Wyśmiałby każdego, kto by mu powiedział, że w jakiś czas po święceniach przekwalifikuje się na kamieniarza. Dziś jest głównym budowniczym dwupoziomowego kościoła pod wezwaniem św. Franciszka i św. Klary w Tychach Paprocanach. Między wysokimi blokami osiedla „P” a niskimi domkami starych, ponad 700-letnich Paprocan, wyrasta budowla jakby ze średniowiecza. Grube, dolomitowe mury powoli nabierają odcienia słońca, jak świątynie we Włoszech.
– Byliśmy z ojcem we Włoszech, we wszystkich miejscach, gdzie żył św. Franciszek – opowiada Andrzej Kilian, emerytowany górnik z „Piasta”, ustawiający rusztowania. – Codziennie widzę to wszystko na budowie.
Stoimy z ojcem Wawrzyńcem (takie samo imię nosił jego wujek, też franciszkanin) w lesie stempli kościoła górnego. Ojciec pokazuje, gdzie wystrzelą wieże:
– Tam, po prawej będzie 40 metrowa wieża jednej rany nogi Chrystusa, a po lewej – drugiej. Za nami wieże ran rąk, tak jak bym się położył. A najwyższa – wieża rany serca – 70 metrów.
– Ojciec się wziął za murarkę, to i my się wzięli. Jak by to było – on by pracował, a my nie? – pyta Kilian. – Ma powołanie, tak jak św. Franciszek. Pan Jezus mu kazał odbudować Kościół. Zaczął od Porcjunkuli.
– Ta budowa mnie bardzo kosztuje – mówi ojciec. – Codziennie składam ofiarę z życia duchowego. Trudno mi być na wspólnych modlitwach, a wieczorem, modląc się z Brewiarza zasypiam i po przebudzeniu pytam, czy mi się kartka sama przewróciła, czy już się pomodliłem. Boję się, żeby mnie to nie wyjałowiło. Z drugiej strony otwarły mi się nowe horyzonty. Dotąd nie znałem pracy w zakładzie ani na kopalni. Teraz zobaczyłem, ile wysiłku trzeba, żeby zarobić na chleb. Że wkoło są ludzie, którzy ciężko pracują, a potem jeszcze przychodzą na budowę, poświęcają się Panu Bogu.
Różaniec na stereo
– Właściwie na św. Franciszka trafił ojciec przez przypadek?
– Tak mówią niewierzący, mnie pokierowała do niego Opatrzność – przerywa mi. Przyznaje, że jako nastolatek dzielił zakonników w zależności od kolorów habitów na białych, brązowych, czarnych. Mieszkał w Podlesiu i znał braci i ojców z pobliskich Katowic -Panewnik. Chodzili w brązowych habitach z widocznymi kapucami dlatego po cichu nazwał ich kapucynami. Mamie pierwszej zdradził, że chce iść do kapucynów. Pobiegła z tym do śp. proboszcza Ryszki.
– Ma pod bokiem franciszkanów, ale niech go pani nie przekonuje, może to powołanie do kapucynów, do Krakowa. Dopiero po dłuższej rozmowie okazało się, że Grześkowi chodziło o franciszkanów, tych od szopki, rekolekcji, odpustów.
– Nigdy nie miałem wątpliwości, czy mam być w zakonie czy nie, bez wahania pisałem prośby o przyjęcie do nowicjatu, o święcenia, śluby – opowiada. – To mi wymodliła babcia Marta i rodzice. Dziadkowie mieszkali razem z nami. Jak zaglądałem do babci, to albo gotowała, albo się modliła, całymi dniami. I do zakonu poszedłem najpierw ja, a potem młodsza o 2 lata siostra Basia. Też do Panewnik do ss. Służebniczek. Śmialiśmy, że babcia musi teraz odmawiać różaniec stereo, za nas dwoje.
To mama Małgosia jakby zaplanowała, czym będą zajmowały się dzieci.
– Ty, Jacek, to się niedługo ożenisz – przepowiadała najstarszemu z siedmiorga rodzeństwa. (Właściwie było ich sześciu – trzy siostry i trzech braci. Ale brali na święta dziewczynkę z domu dziecka – Kingusię, i tak u nich została.) – A Grzesiek to pójdzie na księdza.
Wcale się nie buntował. Przeciwnie, kiedy matematyczka w podstawówce chciała, żeby poprawił trójkę na czwórkę, odpowiedział buńczucznie, że ksiądz matematyki nie musi umieć. A kiedy wszyscy po ósmej klasie składali papiery do szkół średnich, on tego nie zrobił, tylko oschle stwierdził „dobrze wiem gdzie pójdę”.
Franciszkański duch kamienia
– Krąży mit, że do klasztoru idą nieszczęśliwie zakochani – śmieje się. – Ale gdybym bez zgody zamknął panią w klasztorze, to albo by tu pani zwariowała, albo stąd uciekła. Powołanie to tajemnica, ono musi cieszyć.
Sam jako nastolatek nie stronił od dziewczyn:
– Nie ukrywam, podkochiwałem się w dwóch, może trzech, ale nigdy nie pomyślałem poważnie, żeby się ożenić.
W trzeciej klasie niższego seminarium zaczął palić.
– Nigdy nie dopuszczałem myśli, żeby zakonnik palił papierosy, a sam mam ten problem, poważny minus.
– A mógłby ojciec wymienić jakieś inne?
– Może w konfesjonale… Św. Franciszek do końca zachował czystą wizję poświęcenia się Bogu. Jest różnica między świętymi, którzy zakładają zgromadzenia, a tymi, którzy nie są Franciszkami. Nasi założyciele są jednorazowi, zmieniają historię Kościoła. My ich naśladujemy, ale też potykamy się o Dekalog, śluby zakonne, rady ewangeliczne.
Ojciec, przebierając się w ubranie robocze, nazywa części zakonnego stroju:
– Habit, kaptur i cingulum – sznur z trzema węzłami, symbolizującymi śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. W żartach mówią, że na tym sznurku czystość znajduje się u samego dołu, bo się najbardziej brudzi.
Na budowie ojca brudzi pył z ociosywanego dolomitu:
– To kamień z tych samych złóż geologicznych co w Asyżu, my w Libiążu kopiemy z jednej, oni z drugiej strony. Tylko włoski jest z dodatkiem różu, spalonej czerwieni, umbryjski. Kiedy podchodzi pod ostrze maszyny do cięcia łamie się czasem jak chce. Dlatego najlepiej obijać go ręcznie szpicem. Ale to bardzo pracochłonne, żmudne, jak odmawianie różańca.
Szpicami obijali każdy kamień w Kaplicy Grobu Św. Franciszka.
– Kościół będzie nowy, a kamień ma parę milionów lat – mówi ojciec. – Maszyny tną go żywcem, niszczą. Im bardziej jego naturalny kształt pasuje do ściany, tym mur ładniej wygląda. Najlepiej, żeby przypominał ścianę w kamieniołomie, tam sam pęka, kruszy się, Bóg go kształtuje… To nie cegła, ceramika, ale naturalny budulec. Najlepiej oddaje ducha franciszkańskiego życia. Jest surowy, ascetyczny. Dociekliwi bracia z innych domów czasem z ciekawością pytają: „Czy cele i ubikacje też u was będą z kamienia?”.
45-ta Porcjunkula
Do tej budowy przymusił go abp Damian Zimoń. O. Wawrzyniec był w Tychach od 95 r. od początku istnienia placówki. Parafianie dopytywali „co z kościołem?”, ale nic się nie działo. Aż tu nagle przyjechał arcybiskup, prowincjał i dwóch definitorów.
– Za dwa tygodnie ma mi ojciec dać znać, gdzie stanie kościół, kto go będzie projektował i kiedy rusza budowa – powiedział Metropolita Górnośląski.
Wieczorem tego samego dnia ojciec zapukał do drzwi swojego parafianina, znanego w Polsce architekta Stanisława Niemczyka:
– Pan architekt się ubrał i zaczęliśmy obchód. Obaj zgodnie wybraliśmy teren gdzie stały dwie kapliczki – Jezusa Frasobliwego i Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus. W urzędzie dowiedzieli się, że to teren starego szwedzkiego cmentarza. (Dziś ojciec też planuje w bocznej ścianie górnego kościoła chować urny z prochami parafian. – Żeby miejsce było uświęcone ich obecnością, żeby wierni często odwiedzali swoich bliskich – wyjaśnia.) Umówili się za dwa dni w urzędzie. Tam im powiedziano, że teren jest czysty. Jego właściciele – państwo Czardybonowie, zgodzili się go ofiarować pod budowę. Potem o. Wawrzyniec ekspresowo załatwiał wszelkie biurowe formalności. Urzędniczki z architektury wiedziały, że z nim nie wygrają. Kiedy siadał, gotów do długiego czekania, wolały szybko załatwiać potrzebne papierki. Tak, że na trzy pytania arcybiskupa mógł odpowiedzieć przed wyznaczonym terminem.
Któregoś dnia architekt jeszcze nie zdążył wyjść do pracy, a już z urzędu wrócił ojciec z zezwoleniem na budowę. Był koniec kwietnia 2000 r. Następnego wieczoru on, architekt z córką i Leszek Weszke – konstruktor, wsiedli do samochodu i pojechali do Włoch, żeby dokładnie pomierzyć Porcjunkulę – kapliczkę, gdzie św. Franciszek żył i umarł. To dla nich kolebka zakonu.
– Wszystkie hotele były zajęte – wspomina ojciec. – W końcu architekt, pan po sześćdziesiątce, musiał spać z nami w aucie na stacji benzynowej.
Pomiary umożliwił im o. Wojciech, wydelegowany z kraju jako spowiednik do Alwernii. (O. Wawrzyniec: (Człowiek przez lata najmniej tu ingerował, nawet dachy domku na skale zostały te same, z plastrów kamienia). Franciszkanie włoscy powiedzieli im, że wybudują 45-tą Porcjunkulę na świecie, a drugą w Polsce.
Z przerwą na Anioł Pański
Potem wracali do Włoch jeszcze dwa razy. W 2002, żeby dokładnie wymierzyć kaplicę Grobu Św. Franciszka. Widząc ich przejęcie jeden z ojców zlitował się i podarował im książkę Isidoro Gattiego, w której na szczegółowych planach są rozrysowane kamienie tworzące miejsce pochówku św. Franciszka. Dzięki nim zbudowali kopię grobu. Trzeci raz wybrali się z budowniczymi.
– Gdyby nie budowa pewnie bym tam jeszcze nie był – mówi ojciec. Od początku towarzyszył im krzyż św. Franciszka. Architekt przyniósł go na pierwsze spotkanie i położył na stole. Ostatecznie bryła świątyni została wzniesiona na jego planie. Na stropie dolnego kościoła widać krzyż. Na jego100 metrowej powierzchni zamierzają wymalować ikonę Chrystusa jak w San Damiano. Najtrudniejsze było postawienie Porcjunkuli. Wynajętej ekipie górali spod Rabki zbudowanie kapliczki (11 na 6 metrów) zajęło rok. Wszyscy się przerazili, że cała budowa potrwa 50 lat. Wymienili pracowników na innych. Ale robota szła powoli i była droga. Któregoś dnia o. Wawrzyniec sam wziął młotek, zaczął obijać kamień i na sucho bez zaprawy postawił trzy metry muru. Architektowi się to spodobało. O. Wawrzyniec:
– Zaczęła się rewolucja, wstąpił w nas nowy duch, zaczęliśmy budować sami dla siebie.
Kupił piłę do cięcia i prasę hydrauliczną do łamania kamienia. Te maszyny przyśpieszyły obróbkę kamienia. Do pracy zgłosili się emeryci, bezrobotni, nawet bezdomni. Dziś to wytrawna ekipa – Andrzej, kilku Stanisławów, jeden zwany „Brodą”, Paweł, Janek, Heniek, Kazek, Michał, Karol, Antek, Józek i inni. Zwykle w południe robią przerwę na Anioł Pański.
– Niektórym w czasie pracy wyrwie się przekleństwo – mówi Kilian. – To się go szturcha „Co się zapominasz?” . Tu jest bardziej ściśnięty pas. Tu będzie kościół.
– Niedawno pojechałem kupić barwnik do betonu – opowiada o. Wawrzyniec. – A tam młody facet pyta, czy nie lepiej byłoby wybudować dom dziecka. Uważam, że im więcej będzie kościołów, tym mniej będzie domów dziecka. Zawsze na pierwszym miejscu powinien być Chrystus.

Informacje

Polecamy

Kontakt

Masz pytania?

franciszkanie(małpa)tychyofm.pl


Adres:

Tychy,

ul. Paprocańska 90


Zadzwoń do nas!

(32) 217-84-29


Konto Parafii

ING Bank Śląski o/Tychy

43-100 Tychy Aleja Niepodległości 106

66 1050 1399 1000 0022 1531 2832


Numer konta walutowego (EURO):

Zakon Braci Mniejszych (Franciszkanów)

Dom Zakonny w Tychach

Paprocańska 90

43-100 Tychy

ING Bank Śląski: INGBPLPW 46 1050 1399 1000 0023 2464 4026